ETIOPIA Kraj 13 miesięcy słońca
RAPORTY Z WYJAZDÓW DO ETIOPII (c) TravelPhoto - www.travelphoto.pl Raport z wyprawy: Anna Olej-Kobus i Krzysztof Kobus   Etiopia - Po nowe odkrycia... (dane z końca 2002)  cz.2  Góry Siemen - trekking   Tym razem się udało i nareszcie poznaliśmy te fascynujące miejsce. Wyjazd z Gonderu do Debarku miejscowym autobusem (bilet 12 B w jedną stronę) o 6 rano, na miejscu byliśmy o 10.00.  Plecaki zostawiamy w Siemen Park Hotel i idziemy do biura Parku Narodowego Gór Siemen gdzie płacimy za wstęp do Parku po 70B za 48 godzin. Wynajmujemy też na 5 dni  (ceny poniżej za 1 dzień):  •	2 muły po 20 B sztuka (jeden dla mnie na wypadek gdyby odnowiły mi się stare kontuzje, jeden do transportu bagaży) •	2 mulników po 20 B (bo muł nie ciągnięty za uzdę nie ma motywacji do marszu) •	skauta za 30 B (czyli pana z bronią, choć do końca nie ustaliliśmy przed czym miał nas bronić, albo kogo/czego przed nami) •	przewodnika za 75B (jedyny w tej ekipie mówiący po angielsku)  Z tej całej karawany osobą którą trzeba zabrać ze względu na przepisy Parku jest skaut i tego ominąć się nie da. Natomiast przewodnik (Eyayaw, co wymawiało się swojsko Jajo)  okazał się bardzo przydatny, bo nie tylko znał masę opowieści o tych górach, ale też pokazywał nam na trasie miejsca najbardziej spektakularne widokowo. Co do muła dla mnie to był bardzo  przydatny przy kilku dłuższych podejściach. Wynajęcie karawany zajęło nam ok. 2 godzin, musieliśmy jeszcze kupić sznurek (2B) i dwa worki na nasze plecaki (po 5B) i tego samego dnia  mogliśmy wyruszyć. Ponieważ w górach poza jajkami nic nie można kupić (no jeszcze ewentualnie kurę lub kozę) wcześniej w Gonder kupiliśmy rodzynki (0,5 kg 10B), suszone daktyle (1kg 12B),  cukierki (1 kg 16B), 2 puszki tuńczyka (po 12B szt), ryż (1 kg - 6B, kiepskiej jakości, gotowanie 0.5 godziny), makaron (0,5 kg, 6B), dżem (13B), ser topiony (13B). W Debarku dokupiliśmy bułki  (0,25B za szt. w piekarni koło targu - w innej piekarni kosztowały 0,50B), 6 litrów wody Highland (po 5B) i lemonki (0,10B za szt), zaś zupki z proszku z Polski dopełniały diety.  Warto też jeśli się idzie z przewodnikiem kupić w Debarku kawę (1 kg 8B). Planowaliśmy 4 noclegi dlatego też kupiliśmy 2 kg i podzieliliśmy na 4 torebki, dzięki czemu w każdym miejscu  gdzie nocowaliśmy u miejscowych strażników parku byliśmy zapraszani na cofee ceremony, co było miłym zakończeniem dnia. Ponieważ woda na terenie gór z racji wiosek nie jest uważana  za bezpieczną dla żołądka turysty, warto mieć coś do odkażania wody (20 zł preparat w sklepie Podróżnika, starczają na wiele litrów), filtr lub zapas wody mineralnej. Warto też mieć ze sobą  namiot (wynajem to 20B za dzień) i śpiwór (10B za dzień) oraz menażkę do gotowania i kuchenkę. Z braku kuchenki można w wioskach kupować drzewo (wiązka kosztuje od 5 do 10 B i starcza  na ugotowanie posiłku dla kilku osób).   Ponieważ idziemy na 5 dni mamy szansę dojść do Chenek Camp gdzie ponoć jest najpiękniej (fakt!). Pierwszy dzień dochodzimy do Ras Buit - wioski w której za nocleg w chacie oczekiwano  100B. Kwota to tutaj absurdalna, dlatego wynajmujemy namiot od naszego przewodnika, a on z resztą karawany nocuje w chacie. Drugi dzień to dojście do Geech (wspaniałe widoki po drodze).  Trzeci dzień przez Imet Gogo wędrujemy do Chenek. Są chmury i idzie się nieźle, w porze suchej przejście tej trasy to "piekło i szatani" i trzeba zabrać z pewnością więcej wody.   Aby chodzić po tych górach trzeba:   nie mieć lęku wysokości jako że wędruje się nieraz nad przepaściami po 2000 metrów w dół nie mieć problemów z chorobą wysokogórską (obozy Geech i Chenek są położone na 3600mnpm, a wędruje się nawet na 4000mnpm)   Widokowo są to jedne z najwspanialszych gór na Ziemi i pejzaże wynagradzają trudy całkowicie. Poza małpami "z krwawiącym sercem", czyli endemicznymi gelada baboon, których jest sporo,  udało nam się też spotkać w Chenek: walia ibex, czyli kozice oraz w dużej ilości thick build raven, czyli wedle nas skrzyżowanie kruka z pterodaktylem. Rzecz o której LP nie wspomina:  do Chenek prowadzi nowa droga, którą jeżdżą ciężarówki. Dojazd do Debarku na pace zajmuje ok. 2-3 godzin (a przejście to 2 dni) więc jak ma się mało czasu, można po prostu podjechać.  Nie jest tanio: z racji białej skóry zapłaciliśmy 150 B za nas oboje (cena wyjściowa 300B). W sumie za 5 dni treku zapłaciliśmy mniej niż 150 USD (na naszą dwójkę). Góry Siemen rocznie  odwiedza niewiele ponad 2000 osób, warto tu dotrzeć dopóki wciąż jest tak pusto.   Bahar Dar   Tym razem udało nam się dotrzeć do klasztorów na jez. Tana, a dokładniej tych na półwyspie Zege. Wnętrza Beta Giorgis i Beta Maryam (za oba wstęp 20B) oraz Ura Kidane Meret (20B)  imponują malowidłami, choć były odnawiane niedawno, zatem nie robią takiego wrażenia jak kościół Debre Birhan Selsje w Gonder. Ale pływanie łodzią to miła odmiana. Za wynajem łodzi  (pojemność do 10 osób) płaci się ok. 500 B, jeśli osób jest mniej można znegocjować nawet do 70B za osobę, ale wymaga to czasem dłuższego targowania się. Od przystani do kościołów  jest ok. 10-15 minut marszu w towarzystwie upiornej ilości dzieci i młodzieży usiłujących sprzedać wyrwane strony z (ponoć) starych manuskryptów. Pod drodze do Bahar Dar mija się jeszcze  wyspę z klasztorem Kebran Gabryel, ale wstęp do tego miejsca zarezerwowany jest tylko dla mężczyzn... Na jezioro można też popłynąć papirusową łodzią tankwa (ok. 50B za dwie osoby),  pamiętając, że łodzie te nawet wyładowane po brzegi są niezatapialne, ale są baaardzo wolne. Nocowaliśmy w Dib Anbessa Hotel za 100 B (pokój z łazienką), Hotel wart polecenia jeśli oczekuje  się wyższego standardu, a naszym przewodnikiem był Tadele brat Yaregal - za dzień pracy bierze od 50B. Z Bahar Daru już tylko 40 km do wodospadów Błękitnego Nilu (15B wstęp), od wioski  Tys Yssat dokąd można dojechać z miasta autobusem (3B, ok. 1 godzina) dojście zajmuje ok. 30 min. Po deszczu błotnista droga jest śliska, zaś przy wodospadzie jest zawsze ślisko stąd lepiej  mieć solidniejsze buty z protektorem. Kto nie chce się szybko rozstać z rzeką może pojechać z Bahar Dar do Addis autobusem (2 dni) mijając po drodze Wielkie Przełomy Błękitnego Nilu  (Blue Nile Goge). To Etiopski Canyon Colorado robiący wrażenie. Uwaga: na Nilu jest most. Strategiczny. Choć jego zdjęcie można zobaczyć w ulotkach drukowanych przez Ministerstwo  Turystyki, za zrobienie zdjęcia można stracić film, a nawet aparat!   Awash National Park   To miejsce piknikowe dla spragnionych natury mieszczuchów z Addis (4 godziny jazdy). Ładniejsza widokowo jest część parku położona w okolicach rzeki Awash. Bardzo malownicze  wodospady Awash, zwłaszcza po porze deszczowej i połączenie rzek obok Lodge Kerayou. Mając do wyboru camping nieopodal Awash Falls (czyli zacienione olbrzymimi figowcami polany  nad rzeką) i Lodge Kerayou (czyli przyczepy kempingowe w szczerym, nasłonecznionym polu), zastanów się dobrze co wybrać! Niestety zwierząt jest mało (są: antylopy, guźćce, antylopki  dik-dik, żółwie, małpy), więc nie należy na nie zbytnio liczyć. Aby poruszać się po parku trzeba mieć własny samochód. Z miejsca biwakowego nad Awash do Filoha Hot Spring jedzie się  co najmniej 2 godziny w jedną stronę przez busz (wysokie na 2 metry kolczaste rośliny zasłaniają dalsze widoki). Same źródła są bardzo gorące: ok. 40 st! Wyjazdy do parku organizują agencje  w Addis Abeba: warto kilka odwiedzić aby porównać oferty i ceny.   Harer   Nazywany barwnym ptakiem orientu jest zupełnie inny niż pozostała część Etiopii. Dojazd z Addis rejsowym autobusem (35B) to co najmniej 12 godzin jazdy z noclegiem na trasie,  górskimi drogami (malownicze, choć z fatalną nawierzchnią). Pociąg (do Djibuti) wooooooolny: co najmniej 15 godzin do Dire Dawa (24-47B) i stamtąd minibusem do Harer (6B, co 15 minut,  godzina jazdy). Po zlikwidowaniu pierwszej klasy w pociągu jedzie się czymś co przypomina "obszczij wagon" z Rosji i Indii, czyli wszyscy na kupie lub na lorze pchanej przez lokomotywę.  Alternatywą jest bardzo drogi przelot: ok. 200 USD w obie strony lub 94 USD w jedną (połączenia codziennie). Aby poznać stary Harer przydatny jest przewodnik: dzięki niemu uda się znaleźć  stare domy (zwykle wewnątrz są sklepy z pamiątkami) oraz najciekawsze zaułki. W obrębie starych murów znajdują się 92 meczety, ale ponieważ większość z nich jest w domach nie licz na las  minaretów. Pałac w którym urodził się Haile Selasje jest zamieszkały i wygląda mało atrakcyjnie, natomiast odnowiony dom Rimbaud (muzeum poety i miasta, wstęp 5B, można tu kupić świetny  plan miasta, ale cena straszna 60 B) zdecydowanie wart jest odwiedzin. Niezwykli są tutejsi ludzie: na targu można spotkać kobiety z plemiona Oromo w barwnych strojach i koralikach.  Osławiony spektakl karmienia hien można zobaczyć co wieczór przy jednej z bram, koszt obejrzenia go jest każdorazowo negocjowany (od 20B wzwyż). Mając chwilę wolnego czasu warto  wynająć transport i podjechać do Valley of Marvels - ciekawe formacje skalne tworzą piękny krajobraz. Po drodze jest wioska Babille w której przy odrobinie szczęścia można trafić na malowniczy  targ, oraz wioski, w których chaty wciąż wyplatane są z liści palm - tak jak ponad 100 lat temu wyglądała większa część Hareru...   Jinka - Dolina Omo   Dostać się tu można albo małym, 16-osobowym samolotem (174 USD w obie strony), albo autobusem (2 dni z postojem w Arba Minch), albo wynajętym w Addis jeepem (1 lub 2 dni,  ceny od 100 USD za dzień). Aby zwiedzić okolice Jinka niezbędny jest samochód terenowy. W Jinka są dwa: zły i gorszy. Jeden w hotelu Orit (30B pokój z łazienką) - nota bene info z LP  nie jest aktualne, obecny właściciel nie mówi po angielsku i jedyne w czym może ci pomóc to wynająć samochód za 110 USD za dzień, drugi w NTO - jeszcze gorzej cenowo: do 100 km  wynajem kosztuje 127 USD a potem 0,70 USD za każdy kilometr (trzeba przejechać 350-400 km). Oba się psują i mają swoje lata. Ponoć do hotelu Orit ma być kupiony nowy jeep, ale nie jest  to pewne. Oba też są maksymalnie na 4 osoby, choć właściwie jest założyć na 3 osoby (jeśli poza kierowcą mamy przewodnika), a jeśli się jedzie do parku narodowego Mago, gdzie trzeba  wziąć ze sobą na dalszą drogę strażnika to pojemność obu samochodów spada do 2 turystów. Są jeszcze do dyspozycji pick-up'y (tutaj wejdzie nawet i 6 osób), ale przy fatalnym stanie dróg,  całodziennej jeździe w słońcu i kurzu jest to propozycja dla osób szukających męskiej przygody. Jeśli cenimy sobie ślady wygody, warto zastanowić się nad wynajęciem samochodu z agencji  turystycznej w Addis. Aby zobaczyć najciekawsze plemiona z dojazdem z Addis trzeba na to przeznaczyć ok. 8-9 dni. Jeśli nie mamy pieniędzy na samochód, to warto być w Jinka w sobotę,  kiedy to odbywa się cotygodniowy targ, ściągający ludzi z odległych wiosek. Wreszcie mając dużo czasu warto rozejrzeć się za miejscowymi ciężarówkami i samochodami misji oraz etnografów  jacy w Jinka rezydują. Naszym przewodnikiem na miejscu był Andualem Gebre Kristos. Kosztował 100B za dzień (jak na tutejsze warunki to dużo), ale był bardzo kompetentny.   Magnesem ściągającym turystów w ten region są przede wszystkim zamieszkujący te tereny ludzie z różnych plemion. Hamerowie, Arbora, Mursi to wspaniali i dumni ludzie, niestety, podlegają  już prawom turystycznego przemysłu. Nie warto zbytnio inwestować w paciorki, sól, mydło i żyletki, gdyż większość plemion za zrobienie zdjęć w wiosce oczekuje gotówki.  W sumie niewygórowanej: 40B za sesję u Hamerów to nie jest dużo. Problemem jest brak jakiegokolwiek kontaktu z tymi ludźmi - przewodnik może służyć jako tłumacz, ale chodzi o coś innego.  Zwykle program zwiedzania jest napięty i wpada się do wioski na 30-40 minut. Ludzie stają na baczność ("będą zdjęcia, będzie kasa") i nie ma mowy o wspólnej zabawie, wypiciu herbaty,  próbie rozmowy. O ile to możliwe, warto nawet odpuścić sobie zobaczenie jakichś plemion (ostatecznie różnice między niektórymi z nich są oczywiste tylko dla etnografów), aby zostać dłużej  i np. przenocować w wiosce. Planując wyjazd do Mursi (mieszkających na terenie parku Mago) trzeba pamiętać że po deszczu droga staje się całkowicie nieprzejezdna.  Ponieważ pora deszczowa wypada tu inaczej, stąd najlepszy czas do zobaczenia tego miejsca jest od czerwca do sierpnia.   Warto przeczytać:   "Cesarz" R. Kapuściński - subiektywna wizja historii panowania Hajle Selasje "Każdemu według marzeń" A. Wilczkowski - relacja z pionierskiej wspinaczki polskich alpinistów na amby "Słońce na ambach" W. Korabiewicz - książka przedstawiająca barwnie i z humorem kilkuletni pobyt w Etiopii lekarza-podróżnika "Historia Etiopii" prof. J. Mantel-Niećko - przystępnie napisana książka odkrywa niezwykłą przeszłość Etiopii.   Co zabrać:   Im mniej tym lepiej. Wariant minimum (bez treku w górach Siemen)   Ubrania: spodnie długie (2 pary, cienkie i grube), rajstopy wełniane (nieocenione w nocy!) bluzki (3 szt, krótki rękaw, bawełniane, przewiewne), sweter (lekki), ciepła bluza z długim rękawem,  koc (z samolotu, jego zabranie było mało etyczne, ale jest bardzo przydatny w podróży), kapelusz i okulary przeciw słoneczne, bandanka i bielizna, buty trekowe i klapki pod prysznic.  Rzeczy lepiej wziąć mało, bo pranie można zlecić w każdym hotelu (1-2B od sztuki), a wszystko schnie bardzo szybko.   Sprzęt "techniczny": nóż (mały, składany), zapalniczka, latarka, kłódka (do zamykania pokoju w hotelu, bagażu na przelot), torebka na podręczne pieniądze oraz wewnętrzna torebka  (na paszport, bilet i pieniądze - najlepszy jest model firmy "Tatanka" z plastikiem w środku, chroni idealnie dokumenty przed zamoczeniem - nawet podczas kąpieli), ręcznik, kosmetyczka  (konieczny jest krem z mocnym filtrem, przydatne są chusteczki nawilżające), butelka metalowa (0,5 litra, doskonała na wodę), coś na pchły i komary (dobry jest Mugg), sznurek, zupy w proszku  (3-5 szt. - jedzenie awaryjne na wypadek kłopotów żołądkowych), przewodnik.   Etiopia bywa męcząca (tabuny dzieci wołające 'you, you faranji' mogą śnić się po nocach!), ale jednocześnie jest to wspaniały,  fascynujący kraj. Bez wątpienia jeszcze tu wrócimy! KONIEC <<< cz. 1 raportu
Wrzuć na Facebooka
Home Home
O Etiopii O Etiopii
Ciekawostki Ciekawostki
Galeria Galeria
Raporty Raporty
Linki Linki
O nas O nas