ETIOPIA Kraj 13 miesięcy słońca
RAPORTY Z WYJAZDÓW DO ETIOPII (c) TravelPhoto - www.travelphoto.pl Raport z wyprawy: Dorota Ożóg i Maciej Kowalczyk - ETIOPIA 2002   Wstęp   Do Etiopii polecieliśmy prawie przypadkowo. Wiedzieliśmy, że chcemy się gdzieś wyrwać, wiedzieliśmy, że nie odpowiada nam leżenie na plaży na Costa Brava i wiedzieliśmy, że chcemy  trochę odpocząć psychicznie - ostatni okres był bardzo gorący i potrzebowaliśmy trochę oderwać się od rzeczywistości. I z takimi ograniczeniami zaczęliśmy studiować atlas, przeglądać Internet  i szukać atrakcyjnych połączeń lotniczych. Najpierw pojawiła się Tajlandia z Laosem, potem Wietnam i Kambodża. Skoczyliśmy przez Atlantyk do Wenezueli, rozważaliśmy Ekwador, Peru  i Boliwię. Uważny czytelnik zauważy, że omijaliśmy Afrykę. Dlaczego? No bo przecież Afryka to już olbrzymie wyzwanie, w co drugim kraju wojna albo konflikt plemienny, choroby tropikalne  i kiepska służba zdrowia - raczej niezbyt bezpieczne miejsce. Ale w którymś momencie kursor obsunął się na mapie świata na stronie Lonely Planet na Czarny Ląd i postanowiliśmy jednak  przekonać się jak to jest naprawdę. Okazało się, że Afryka kryje w sobie wiele miejsc, które są niezwykle ciekawe, i to nie tylko z powodu zwierzaków - są też zabytki, niesamowite prawie  pierwotne plemiona, a jednocześnie miejsca względnie bezpieczne. Ostatecznie nasz wybór padł na Etiopię i zdecydowanie trzeba zaznaczyć, że się nie zawiedliśmy. Bilety okazały się nieco  droższe niż w innych kierunkach (zwłaszcza, że wszystko działo się jakieś 3 - 4 tygodnie przed wyjazdem), panie w liniach lotniczych patrzyły na mnie trochę z niedowierzaniem  (Addis Abeba? A gdzie to jest?) ale w końcu wybraliśmy British Airways (wybór nie jest wielki).    Dzień 1 - Warszawa - Londyn - Addis Abeba   Wylecieliśmy wcześnie rano 17 sierpnia w sobotę, co jak się okazało pod koniec dnia miało swoje nie całkiem przyjemne konsekwencje. Droga była długa, z przesiadką w Londynie i  międzylądowaniem w Aleksandrii. W końcu wylądowaliśmy na Bole International Airport w Addis Abebie około 1.00 w nocy 18 sierpnia. Pierwszy minus to konieczność pozostawienia na lotnisku  paszportu, gdyż biuro wizowe jest zamknięte o tej porze. Dostaje się różową karteczkę i na słowo trzeba uwierzyć, że następnego dnia paszport się znajdzie. Kolejny ból to transport do centrum.  Brak wzmożonej konkurencji o tej porze powoduje, że cena taksówki (innego środka w nocy nie ma) urasta do astronomicznej jak na Etiopię ceny około 10 USD (oczywiście płatnej w twardej  walucie, bo bank na lotnisku jest również zamknięty i o wymianie trzeba zapomnieć). Udało nam się stargować na 9 USD (sic!) i ruszyliśmy, marząc o znalezieniu się w łóżku w jakimś miłym  hoteliku. Wybraliśmy, idąc za radą Lonely Planet, Hotel Wutma na Piazza, ale okazało się, że w sobotnią noc turyści nie są tu mile widziani. Powodem jest prostytucja, a dokładnie mówiąc fakt,  że bardziej opłaca się wynająć pokój na godzinę Etiopczykowi, który przyprowadzi sobie jakąś czarną piękność, niż turystom. I tak Hotel Wutma był pełny, okoliczne Baro, National i Tsigerada  również i już mieliśmy przed oczyma siebie kimających gdzieś w krzakach albo na ławce. Ale taksówkarz okazał się obrotny i trochę bardziej rozeznany w miejscowej rzeczywistości i  zaproponował jakiś hotel nieco dalej od centrum. Dotarliśmy do Hotelu Debre Damos przed trzecią nad ranem i już prawie czuliśmy się jak w śpiworze, gdy okazało się, że kierowca  za dodatkowe krążenie po mieście zażyczył sobie 25 USD!!! Długo trwały negocjacje, momentami dość gorące (wzywanie policji itd.), aż w końcu zapłaciliśmy 16 USD i taksówkarz z  miną niezwykle nieszczęśliwą odjechał, a my mogliśmy udać się na spoczynek.   Dzień 2 - Addis Abeba   Pierwszy dzień w Etiopii spędziliśmy na okrzepnięciu i załatwieniu kilku formalności, w tym musieliśmy udać się na lotnisko po nasze paszporty i wizy. Tym razem transport był już  nieporównywalnie tańszy (<1 USD w dwie strony), formalności wizowe załatwiliśmy bardzo sprawnie i w końcu spotkało nas coś miłego. Okazało się, że wiza kosztuje jedynie 140 Birr  (1 USD = 8,56 Birr) czyli około 18 USD, a nie jak nas informowano w ambasadach przed wyjazdem 50 - 70 USD. Aczkolwiek jadąc do kraju takiego jak Etiopia trzeba mieć na uwadze,  że opłaty urzędowe są często uzależnione od humoru urzędnika (znajomi Hiszpanie w tym samym dniu zapłacili po 320 Birr). Pojechaliśmy na słynne Merkato, czyli największy w Afryce  Wschodniej targ pod otwartym niebem, gdyż tam znajduje się dworzec autobusowy (Autobus Terra), z którego następnego dnia chcieliśmy wyruszyć w głąb kraju. Nie planowaliśmy długiego  pobytu w Addis - nie jest to miejsce które urzeka swoim pięknem - jest wielkie, chaotyczne, brudne i głośne, a atrakcje turystyczne ograniczają się do kilku muzeów.  Na Autobus Terra kupiliśmy bilety do Bahar Daru, przeżyliśmy nieudolną próbę kradzieży oraz deszcz, który ilekroć wracaliśmy do Addis zawsze nas tam witał (trzeba zaznaczyć,  że przyjechaliśmy do Etiopii w porze deszczowej, jednak tylko w Addis i raz w Gonderze odczuliśmy minusy tego faktu - zazwyczaj deszcz padał wieczorem albo w nocy). Potem jeszcze  zarezerwowaliśmy bilety lotnicze w biurze Ethiopian Airlines (ponieważ chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w trzy tygodnie postanowiliśmy dwa odcinki drogi przebyć samolotem, zaoszczędzając t ym samym 4 dni telepania się w autobusie), zjedliśmy pierwszy etiopski obiad i starczyło nam sił na spacer po Piazzie. Od razu otoczyła nas chmara absolutnie szczęśliwych dzieci,  które nieczęsto mają okazję spotkać Białasa, który jest tak oszołomiony pierwszymi wrażeniami z nowego miejsca, że ich nie odgania, a wręcz przeciwnie, zagaduje i pozwala prowadzić się  za rękę (z czasem nabraliśmy pewnego dystansu i bardziej selektywnie podchodziliśmy do bliższych znajomości, co nie wynikało z naszej niechęci czy złego usposobienia, ale po prostu  niemożliwością byłoby "przerobić" wszystkich studentów chcących poćwiczyć angielski, wszystkie dzieci chcące dotknąć białą małpkę, czy też po prostu wszystkich, którzy chcieli zapytać  jak się nazywamy, z jakiego jesteśmy kraju lub jak się czujemy). Wreszcie utrudzeni wielkim miastem wróciliśmy minibusem do naszego hotelu, zamówiliśmy jeszcze taksówkę na rano  i zaczęliśmy myśleć o odpoczynku.   Dzień 3 - Addis Abeba - Mota   Dzień zaczął się bardzo wcześnie (jak większość dni w Etiopii), bo po 4 nad ranem. W Etiopii istnieje zakaz poruszania się pojazdów po zmroku poza miastem, czego konsekwencją jest to,  że autobusy, które mają do przebycia dłuższe dystanse wyjeżdżają około 6.00 - 6.30 rano, żeby w ciągu 10 - 12 godzin przebyć często nie więcej niż 250 - 300 km. Przed zamkniętą bramą  dworca stanęliśmy około 5.15 i posłusznie odczekaliśmy do 6.00, kiedy to brama zostaje otwarta. Gdy przyjechaliśmy było jeszcze zupełnie ciemno i niesamowicie wyglądał otaczający nas tłum  podróżnych, ubranych najczęściej na biało, którym spomiędzy nakrycia głowy i shammy (szal) błyskały tylko białe źrenice i zęby, a reszty na czarnym tle nie było widać. My za to byliśmy  świetnie widoczni i wzbudzaliśmy wielkie, aczkolwiek nieme zainteresowanie. W końcu wybiła 6.00 i tłum ruszył jak opętany biegiem w kierunku autobusów, a my daliśmy się ponieść.  Przy autobusach stali naganiacze, którzy głośno wykrzykując kierunek, w którym odjeżdżał dany autobus, próbowali zapanować nad tłumem. Znaleźliśmy swój autobus (zazwyczaj w jednym  kierunku jedzie tylko jeden autobus dziennie) i zajęliśmy miejsca, po czym nastąpiła swoista ceremonia dworcowa. Różni podróżni wsiadali do naszego autobusu (a nie było to łatwe),  przechodzili od tyłu do przodu i wysiadali, inni siadali na chwilę, po czym również wstawali i wysiadali, a inni zajmowali ich miejsce. Po chwili niektórzy wsiadali ponownie i za chwilę znów  wysiadali - nie mogliśmy zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Takie podchody trwały jakieś pół godziny, zanim autobus zapełnił się i załadowano na dach wszystkie bagaże.  Mogliśmy wyruszyć. Padał deszcz ale na początku droga przebiegała dość sprawnie, gdyż nawierzchnia była asfaltowa. Ale jak się okazało szczęście nie trwało zbyt długo, gdyż już jakąś  godzinę od wyjazdu asfalt zaczął się psuć, aż w końcu znikł zupełnie. Pojawił się dopiero w Bahar Darze, półtora dnia później. Ale szczerze trzeba powiedzieć, że wszystko naokoło było tak nowe,  egzotyczne i ciekawe, że w ogóle nie zwracaliśmy uwagi na niewygody podróży. Wzdłuż drogi cały czas ciągnęły się wioski i wioseczki i wyglądało jakby jedynym zajęciem większości ich  mieszkańców było wyglądanie właśnie naszego autobusu. Po prostu stali wzdłuż drogi i przyglądali się, machając do przejeżdżających, ze zdwojoną energią w momencie gdy wypatrzyli  nasze białe nosy przyklejone do szyby. Między wioskami ciągnęły się pola, na których chłopi idąc za parą wołów pchali wielkie drewniane radła, a często zdarzało się, że za nimi kobiety  rozbijały jeszcze co większe grudy ziemi ręcznie. Okolica była generalnie niesamowicie zielona i górzysta. Po kilku godzinach zmagania się z podjazdami i zjazdami dało się wyczuć pewne  poruszenie w autobusie i zostaliśmy poproszeni o schowanie aparatów fotograficznych - zbliżaliśmy się do przełomu Błękitnego Nilu, a co ważniejsze do "strategicznego" mostu, którego  fotografowanie jest surowo zabronione. To takie małe "zboczenie" Etiopczyków - bo przecież z satelity taki "obiekt strategiczny" można namierzyć z dokładnością pewnie do kilkudziesięciu c entymetrów. Zdjęć z tego najpiękniejszego fragmentu podróży więc nie mamy i pozostały tylko wrażenia w naszej pamięci. W końcu po 16.00 dotarliśmy do Moty, niewielkiej wioski, w której  zazwyczaj autobus zatrzymuje się na nocleg w drodze do Bahar Daru (do Bahar Daru można dojechać jeszcze drugą drogą, przez Debre Markos, jednak zabiera to jeszcze więcej czasu).  W Mocie zatrzymaliśmy się w bardzo prostym Hotelu Tsadei, w którym "sanitariaty" mogły robić za świetny i na pewno skuteczny środek przeciwko przeczyszczeniu. O dziwo w wiosce było biuro  telekomunikacji, więc postanowiliśmy zadzwonić do Polski. Okazało się to niezwykle łatwe i już po chwili uzyskaliśmy świetnej jakości połączenie, bez żadnych opóźnień ani szumów.  Po kolacji w malutkiej restauracyjce zostaliśmy ugoszczeni pyszną kawą, której przygotowanie przybiera formę skomplikowanej ceremonii, tzw. coffee ceremony (patrz niżej).  A potem przyszedł czas zasłużonego odpoczynku.    Coffee ceremony  Kawa odgrywa niezwykle ważną rolę w kulturze i gospodarce Etiopii (generuje około 50% przychodów z eksportu). Nazwa "kawa" pochodzi od etiopskiej prowincji Kaffa, a Etiopczycy wierzą,  że to oni pierwsi na świecie zaczęli korzystać z tej używki. Parzenie kawy przybiera formę ceremonii, w czasie której najpierw surową zieloną kawę płucze się, następnie praży w blaszanym  naczyniu na rozżarzonym węglu drzewnym, tłucze w moździerzu i gotuje w glinianym czajniczku. W międzyczasie malutkie filiżanki są starannie płukane. Wszystko odbywa się na oczach gości,  na malutkim stoliku ustawionym najczęściej na środku pomieszczenia, na rozsypanej świeżej trawie, a wrażenia potęguje tlące się kadzidełko. Gdy kawa jest gotowa, gospodyni rozlewa ją  do filiżanek i zgodnie ze zwyczajem powinno się wypić po trzy filiżanki (jeżeli komuś pozwoli na to serce). Dodatkiem nie zawsze stosowanym jest kawałek injery (podstawowa potrawa etiopska)  lub razowego chleba.    Dzień 4 - Mota - Bahar Dar   Autobus wyruszył o 6.00 i już po około 4 godzinach wjeżdżaliśmy do Bahar Daru. W autobusie zdążyliśmy się nasłuchać o pięknie tego miasta, zwłaszcza w porównaniu do Addis i faktycznie  różnica była olbrzymia. Przede wszystkim Bahar Dar jest nieporównywalnie mniejszy, a przez to cichszy i czystszy. Do tego ulice obsadzone są palmami i inną wspaniałą roślinnością.  Zawitaliśmy do polecanego przez znajomych Tana Pension, wzięliśmy prysznic, co nie było wcale łatwe (musiałem wspomagać się wiadrem z wodą) i po pysznym śniadaniu złożonym  z miejscowych wypieków i wspaniałych soków - musów owocowych poszliśmy na spacer po mieście. Jeszcze w autobusie zapoznaliśmy się z George'm, miejscowym przewodnikiem turystycznym  i jak się okazało chyba najbardziej znaną figurą w Bahar Darze, który zaproponował nam łódkę, którą można odwiedzić monastyry na wyspach Jeziora Tana. Najciekawszy był pierwszy który  zwiedziliśmy, Beta Maryam na Półwyspie Zege, kryty strzechą, z bardzo bogatymi i kolorowymi (na pierwszy rzut oka trochę tandetnymi) malowidłami przedstawiającymi sceny z Biblii.  W monastyrze Entos Eyesus, położonym na maleńkiej wysepce, zostaliśmy ugoszczeni "razową" injerą z bardzo prostym sosem z utartej fasoli oraz kubeczkiem telli, piwa domowej roboty -  niezapomniane (niestety) wrażenie. W drodze powrotnej do miasta podpłynęliśmy jeszcze zobaczyć tzw. Blue Nile's Source, czyli miejsce na jeziorze gdzie widać prąd tworzony przez wodę  spuszczaną z niewielkiej tamy na Nilu, znajdującej się nieopodal Bahar Daru. I tam uśmiechnęło się do nas szczęście - udało nam się wypatrzyć hipopotama.   Dzień 5 - Tis Abay (wodospad na Nilu Błękitnym)   Droga z Bahar Daru do niewielkiej wioski Tis Abay, z której wyrusza się aby zobaczyć wspaniały wodospad na Nilu Błękitnym (zwany Tis Abay - Dymiący Nil lub Tis Isat - Dymiący Ogień)  zabiera około godziny. Droga w wiosce była niezwykle błotnista, a oferujący swoje usługi przewodnicy bardzo nachalni. Bilety trzeba kupić jeszcze w wiosce, w biurze przy głównej bramie  do elektrowni wodnej. Do wodospadu idzie się około pół godziny. W ostatnim czasie prowadzona rozbudowa hydroelektrowni spowodowała zmianę drogi i mapka zamieszczona w Lonely Planet  jest nieaktualna. Wyrusza się zgodnie z mapką. Za wioską po lewej ręce ciągnie się mur otaczający hydroelektrownię. Aby dotrzeć do wodospadu należy przejść pierwszym mostem  przecinającym to ogrodzenie i po jakichś 200 m dochodzi się do punktu sprawdzania biletów, gdzie można dopytać się o dalszą drogę (zupełnie zbędne jest wynajmowanie przewodników  w tej części drogi). Po drodze przekracza się Nil poniżej wodospadu, krocząc po starym siedemnastowiecznym Moście Portugalskim, a następnie trzeba się wspiąć trawersem odchodzącym  w lewo. Mija się malutką wioskę, gdzie można zaopatrzyć się w drobne pamiątki i w końcu oczom ukazuje się wspaniały widok wodospadu, którego obecność już dużo wcześniej zdradza huk  spadającej wody. Wodospad ma 45 m wysokości i pod koniec pory deszczowej osiąga szerokość około 400 m. My byliśmy miesiąc wcześniej ale już wtedy był imponujący.  Do wodospadu warto dotrzeć między 9.00 a 11.00 gdyż wtedy wzajemne usytuowanie punktu widokowego, Słońca i ogromnej chmury z rozbryzgującej się wody pozwala na zaobserwowanie  pięknej tęczy, tworzącej się nad wodospadem. Z punktu widokowego większość turystów (akurat tam było ich jak na Etiopię dużo) wraca tą samą drogą do wioski, ale my zdecydowanie polecamy  inne rozwiązanie. W towarzystwie kilkorga miejscowych dzieciaków ruszyliśmy dalej i po około pół godzinie dotarliśmy do rzeczki Alata, która wpada do Nilu poniżej wodospadu.  Czekała nas przeprawa przez dość rwący nurt, brodząc w wodzie powyżej kolan - nasi przewodnicy zapewnili nas, że krokodyli tam nie ma więc daliśmy się namówić. Droga ta prowadzi  na drugą stronę wodospadu, gdzie stromą i błotnistą ścieżką można zejść do jego podnóża i tam wziąć "darmowy prysznic". Po chwili naprawdę byliśmy mokrzy, ale było warto.  Droga powrotna do wioski wymaga przeprawienia się łodzią motorową przez rzekę powyżej wodospadu, a do przystani dociera się poprzez podmokłe niesamowicie zielone łąki, przechodząc  w wielu miejscach po prowizorycznych kładkach. W samej wiosce nie ma nic ciekawego i bardzo się ucieszyliśmy gdy już po chwili zobaczyliśmy nadjeżdżający autobus. Radość okazała się  przedwczesna - okazało się, że rozkład jazdy nie istnieje, a autobus odjedzie… gdy się zapełni. Trwało to blisko 3 godziny, ale o dziwo tylko my sprawialiśmy wrażenie nieco tym rozdrażnionych.  Miejscowi zapewniali nas, że jeszcze tylko kilka osób i już ruszymy, i ze stoickim spokojem czekali. Co ciekawsze, gdy w końcu ruszyliśmy, zaledwie 500 metrów dalej przy drodze czekała na nasz  autobus liczna rodzina, której po prostu nie chciało się podejść. Afryka … Czas jest tu zupełnie zbędną kategorią, a na pytanie "kiedy coś się wydarzy?" najczęstszą odpowiedzią jest "Bóg wie".   Dzień 6 - Bahar Dar - Gonder   Droga do Gonderu przebiegła bardzo sprawnie, aczkolwiek przed samym miastem złapaliśmy gumę, co nieco wydłużyło podróż. Trochę było nam jednak niewygodnie, gdyż ostrzegani przez  miejscowych przed kradzieżami, nie pozwoliliśmy zapakować naszych plecaków na dach tylko trzymaliśmy je na kolanach. W Gonderze wybraliśmy rekomendowany przez spotkanych wcześniej  Niemców Belegez Pension, gdzie trafiliśmy chyba na najładniejszy pokój w Etiopii - oprócz wielkiego łóżka była toaletka z lustrem (!!!), a łazienka była naprawdę czysta i schludna.  Obiad zjedliśmy w restauracji przy głównym placu Gonderu, tuż za murami Royal Enclosure, a potem ruszyliśmy na zwiedzanie tego niesamowitego jak na Afrykę miejsca. Royal Enclosure  to siedemnastowieczny zespół pałacowo-zamkowy, otoczony obronnym murem, mieszczący w swoim obrębie kilkanaście budowli, w tym zameczki, pałace, bibliotekę czy też dom lwów, gdzie  podobno jeszcze całkiem niedawno trzymano lwy abisyńskie. Budynki są niestety w nienajlepszym stanie, między nimi musieliśmy przedzierać się przez często wyższą do nas trawę, ale bez  wątpienia jest to miejsce warte wizyty. W jednym z budynków, w Pałacu Mentaweba, mieści się współczesna biblioteka, a w Sali Bankietowej można kupić wyroby ceramiczne etiopskich Żydów -  Felaszy, którzy żyją jeszcze w Gonderze i pobliskiej wiosce Wolleka. Prawie naprzeciwko wejścia do Royal Enclosure mieści się restauracja Habesha Ketfo, którą polecamy turystom stęsknionym  za knajpką, która odpowiada mniej więcej standardom europejskim. Jest zupełnie nowa, wejście zdobi strzecha imitująca dach tradycyjnej etiopskiej chaty, na ścianach wiszą liczne pamiątki,  a kelnerzy odziani są w śmieszne, podobne do japońskich kimon stroje, których nigdy nie widzieliśmy na ulicy. Krótko mówiąc to taka trochę Cepelia i nam nie bardzo się podobało.  Uznaliśmy, że to taki pierwszy krok, na szczęście na razie malutki, w kierunku uczynienia z Etiopii kolejnej Mekki turystów na kontynencie afrykańskim, podobnej do Kenii czy Tanzanii.   Dzień 7 - Gonder   Wstaliśmy rano i po pysznym śniadaniu w Delicious Pastry poszliśmy zobaczyć kościół Debre Berhan Selassie, położony nieco za miastem. Jest to bardzo ciekawa budowla, pochodząca z XVII w.  i otoczona kamiennym murem z 12 wieżyczkami, symbolizującymi 12 apostołów. Wszystko tonie wśród wysokich starych drzew jałowca. W środku najciekawszym elementem jest sufit, który w  całości pokryty jest malowidłami głów cherubinków (o czarnych twarzach) strzegących czterech stron świata. Z kościołem wiąże się legenda, iż został on uratowany przed najazdem Derwiszów  przez rój pszczół. Jest to jeden z najbardziej znanych kościołów w Etiopii, a miejscowi wierzą, że był budowany przez cesarza Yohannesa I specjalnie z myślą o przewiezieniu tu Arki Przymierza  z Aksum. W drodze z kościoła do miasta złapał nas deszcz ale w tym samym momencie wyrósł przed nami chłopiec, który zaproponował abyśmy przeczekali ulewę w jego domu.  Po chwili wahania udaliśmy się za nim i nie pożałowaliśmy. Abdissa pokazał nam swój dom, który jak na standardy etiopskie wyglądał całkiem porządnie - mieścił w sobie kilka osobnych  pomieszczeń, był telefon i telewizor - a jego dwie urocze starsze siostry poczęstowały nas kawą i obiadem. Oczywiście robili to bezinteresownie, no może licząc na kilka zdjęć, więc było nam  bardzo miło. Później wieczorem wróciliśmy jeszcze do domu Abdissy i przynieśliśmy naszym miłym gospodarzom małe prezenciki, czym sprawiliśmy im chyba dużą przyjemność.  Resztę dnia popsuł nam deszcz, który z krótkimi przerwami padał prawie cały czas. Chcieliśmy zobaczyć jeszcze Łaźnie Fasiladesa, jednak z powodu opadów wyruszyliśmy zbyt późno  i już nie udało nam się tam dotrzeć. Niestety mając mocno ograniczony czas postanowiliśmy, że zobaczymy je gdy następny raz odwiedzimy Etiopię. Kupiliśmy bilety do Shire  i po kolacji poszliśmy spać.   Dzień 8 - Gonder - Shire   Shire to miasto w północnej Etiopii, w którym zatrzymują się autobusy w drodze do Aksum. Nie zrobiło na nas dobrego wrażenia, ale widoki na trasie z Gonderu wynagrodziły to z nawiązką.  Pierwsze 100 km do Debarku nie wyróżniało się niczym specjalnym, natomiast począwszy od tego miasta położonego na przedgórzu Gór Simien, zaczęła się bajeczna, czasami mrożąca krew  w żyłach podróż wąskimi górskimi serpentynami, często tak wąskimi, że autobus brał zakręt na dwa razy. Dookoła wspaniałe góry, o bardzo ostrych i zdecydowanych kształtach oraz dużych  wysokościach względnych, stoki poprzecinane głębokimi parowami, z prawie pionowych ścian ciągnących się wzdłuż drogi ściekały liczne kaskady, które często były na wyciągnięcie ręki z okna  autobusu (oczywiście gdyby ktoś pozwolił otworzyć okno - Etiopczycy wierzą, że przez otwarte okno w autobusie dostają się do środka złe duchy, które przynoszą pecha, więc zazwyczaj każda  próba uchylenia okna w celu strzelenia zdjęcia lub wpuszczenia odrobiny świeżego powietrza kończyła się ostrą reakcją współpasażerów i koniecznością zamknięcia okna; ale warto próbować,  gdyż czasami można trafić na bardziej tolerancyjnych i postępowych Etiopczyków, a może po prostu bardziej wyrozumiałych dla stukniętych Białych, którzy pstrykają zdjęcia jakby pierwszy raz  widzieli góry albo drzewa). Autobus co kilkanaście kilometrów to zjeżdżał w głęboką dolinę, to mozolnie wspinał się pod górę. Po przejechaniu rzeki Takane, nad brzegiem której ulokowała się  niewielka wioska, której mieszkańcy trudnili się wyrobem węgla drzewnego, krajobraz zaczął się zmieniać. Soczysta zieleń zaczęła ustępować miejsca czerwonawym skałom, a wśród  pojedynczych akacji pojawiły się kopce termitów. Droga do Shire zajęła 12 godzin i byliśmy tak zmęczeni, że zdecydowaliśmy się na hotel, który mieścił się przy samym dworcu autobusowym,  mimo, że prezentował się ohydnie. Starczyło nam jeszcze sił żeby zjeść kolację i poszliśmy spać.   Dzień 9 - Aksum   Z Shire do Aksum jedzie się tylko około 1,5 godziny, więc już około 10.00 byliśmy gotowi do wymarszu na miasto i powzięliśmy śmiały plan zwiedzenia Aksum w jeden dzień. Sądząc z opisów  w Lonely Planet wyglądało to dość nieprawdopodobnie ale jak się okazało było to możliwe. W ogóle Aksum trochę nas rozczarowało. Zabytki tej najstarszej etiopskiej stolicy to najczęściej mocno  szczątkowe ruiny, a pola stelli (obelisków stanowiących nagrobki władców i najważniejszych urzędników etiopskich sprzed około 2000 lat) okazały się na tyle małe, że najważniejsze z nich można  było zobaczyć w pół godziny. Stelle faktycznie robią wrażenie, zwłaszcza największa ze stojących Stella Króla Ezany (24 m) i olbrzymia ponad trzydziestometrowa strzaskana Wielka Stella  mieszczące się na tzw. Północnym Polu Stelli. Nieopodal pola obelisków, wśród drzew stoją dwa kościoły Św. Marii z Syjonu - stary i olbrzymi, zwieńczony okrągłą kopułą nowy.  A między nimi mieści się niepozorna kapliczka, która według wierzeń miejscowych kryje Akrę Przymierza, skradzioną królowi Salomonowi z Jerozolimy przez etiopskiego króla Menelika -  owoc krótkiego związku Salomona i mitycznej królowej Saby. Niestety nie można zobaczyć tego cudu, gdyż strażnik pilnuje wejścia i jest nieustępliwy, jednak Etiopczykom wystarczy sama wiara  i miejsce to jest jednym z najważniejszych punktów pielgrzymkowych w kraju. W dalszej kolejności udaliśmy się w kierunku Pałacu króla Kaleba, pochodzącego z VI w. Najciekawszym elementem  tej wyprawy były jednak widoki po drodze. Sam pałac to tak naprawdę grobowiec lub skarbiec królewski, z którego do dnia dzisiejszego pozostały dwie podziemne komnaty oraz zarys ścian  budynku, który kiedyś stał w tym miejscu, a obecnie przykryty jest blaszanym zadaszeniem. W drodze powrotnej do miasta zaszliśmy jeszcze na punkt widokowy, mieszczący się obok Hotelu  Yeha, w którym stacjonuje kontyngent sił ONZ ze Słowacji. Rozpościera się stamtąd widok na całe Aksum, który uświadamia, że to niegdyś zapewne wspaniałe miasto i stolica wielkiego cesarstwa  jest obecnie niewielką mieściną, gdzie życie toczy się jeszcze wolniej niż w innych częściach kraju. W mieście wynajęliśmy czterokołowy wózek ciągnięty przez chudą szkapę i pojechaliśmy  zobaczyć Lwicę Gobedry - płaskorzeźbę przedstawiającą wielką lwicę, wykutą na olbrzymim głazie, 2 km za miastem. Miejsce to jest o tyle ciekawe i tajemnicze, że nie udało się ustalić kto,  kiedy i w jakim celu wyrzeźbił lwicę. W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze ruiny pałacu królowej Saby, które okazały się zaledwie konturami niegdysiejszej budowli, usypanymi z luźno  poukładanych na sobie kamieni. Podpity strażnik pokazał nam gdzie mieściła się kuchnia (znajduje się tam coś w rodzaju pieca) oraz gdzie królowa Saba dokonywała codziennej toalety  (w podłodze widnieje otwór, przypominający odpływ z prysznica). I na tym kończą się zabytki wielkiego Aksum. Wszystkie można zwiedzić po zakupieniu, w Muzeum Archeologicznym na tyłach  kościoła Św. Marii z Syjonu, jednego zbiorczego biletu (osobny bilet potrzebny jest tylko do zobaczenia dwóch kościołów Św. Marii z Syjonu). Wieczorem spotkała nas niezbyt miła przygoda.  Chcieliśmy napić się teju (pyszne miodowe wino), które serwowane jest wyłącznie w specjalnych "pubach" - tej house, znanych najczęściej tylko miejscowym i o zmierzchu udaliśmy się do  jednego z takich miejsc, prowadzeni przez zagadniętego wcześniej chłopaka. Na początku było sympatycznie, wypiliśmy kawę i dużą butelkę wina. W międzyczasie zauważyliśmy, że miejscowym  zaczął się plątać język i atmosfera zrobiła się ciężka, a dodatkowo w całym mieście zgasło światło. Postanowiliśmy więc zbierać się do hotelu i zapytaliśmy o "rachunek" - odpowiedź przerosła  nasze oczekiwania. Gospodarz zażyczył sobie 90 Birr. Wyraziliśmy swoje oburzenie, nie wiedząc jednak z jakim odzewem się spotka i oświadczyliśmy, że jesteśmy gotowi zapłacić 30 Birr.  Na szczęście oferta została przyjęta i szybko ulotniliśmy się, przedzierając się przez zupełnie ciemne ulice do naszego Hotelu Bazen. Słyszeliśmy o podobnych przygodach, głównie w Addis,  które kończyły się rachunkiem dochodzącym do 100 USD, a gospodarze nie byli tak spolegliwi jak nasi. Nauczka - zawsze trzeba zapytać o cenę na początku.   Dzień 10 - Aksum - Lalibela   Z samego rana wykupiliśmy zarezerwowane w Addis bilety lotnicze na trasie Aksum - Lalibela - Addis. Wystartowaliśmy przed 11.00 i już po około godzinie lądowaliśmy w Lalibeli - autobusem  jedzie się dwa dni i nie mogliśmy sobie pozwolić na taką stratę czasu, mimo że widoki po drodze podobno zapierają dech w piersiach. Nowe lotnisko w Lalibeli zbudowane zostało 25 km za  miastem i przewodnik straszył, że transfer do miasta jest szczególnie drogi. Rzeczywistość okazała się zgoła inna. Przy drzwiach wyjściowych dorwało nas 3 - 4 naganiaczy, którzy schodzili  z ceną szybciej niż mogliśmy oczekiwać. Z pierwotnej ceny 30 Birr od osoby, bez szczególnego naszego wysiłku negocjacyjnego, szybko doszliśmy do 3 Birr (!!!). Droga do miasta jest nowa  i jak na Etiopię bardzo porządna. Zatrzymaliśmy się w bardzo prostym ale czystym Hotelu Fkrrsalam. Minusem tam są problemy z wodą - my nie mieliśmy jej przez dwa dni.  Po krótkich negocjacjach wybraliśmy przewodnika, młodego chłopaka o imieniu Getacha, który za 120 Birr (na 4 osoby) pokazał nam wszystkie kościoły w mieście oraz położony wysoko w  górach, ponad Lalibelą, kościół Ashetam Maryam. W pierwszy dzień zwiedziliśmy tzw. północną grupę kościołów. Kościoły są połączone przejściami i tunelami, tworząc skomplikowany system  i w związku z brakiem jakichkolwiek mapek tego terenu wynajęcie przewodnika okazało się dobrym posunięciem. Dodatkowo Getacha sporo wiedział o kościołach i związanych z nimi legendach  więc opłacało się zainwestować.   Dzień 11 - Lalibela   Śniadanie zjedliśmy w polecanym przez Lonely Planet John Cafeteria, jednak osobiście nie polecamy. Mieliśmy wrażenie, że zazwyczaj pyszne soki owocowe były tam mocno rozcieńczane  wodą, a ceny wyższe niż w innych częściach Etiopii. Po śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku Ashetam Maryam. Droga, zwłaszcza jej pierwsza część była bardzo stroma i trochę dostawaliśmy  zadyszki, ale widoki po drodze rekompensowały wysiłek. Po około dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce - sam kościół, jakkolwiek ciekawy to nie usprawiedliwiał takiego wysiłku, jednak  widoki rozciągające się z góry były fantastyczne. Po powrocie do miasta zrobiliśmy sobie małą przerwę, a następnie ruszyliśmy zwiedzić pozostałe kościoły zlokalizowane w mieście.  Są to 4 kościoły w ramach tzw. wschodniej grupy kościołów oraz położony nieco na uboczu, najbardziej spektakularny, monolityczny kościół św. Jerzego, patrona Etiopii.  W ścianie otaczającej kościół znajduje się niewielka jama, w której spoczywają, wystawione na widok publiczny, szczątki trzech mnichów, którzy wedle legendy, zauroczeni pięknem i atmosferą  Lalibeli zażyczyli sobie aby ich tam pochowano po śmierci. Wracając do "centrum" natknęliśmy się na tej house i jak się później okazało zakosztowaliśmy tam najlepszego teju w ciągu  naszej wyprawy. Tajemnica tkwi w zawartości miodu - okolice Lalibeli słyną z jego produkcji ("Lalibela" oznacza "zjadacze miodu"), który jest na tyle tani, że nie opłaca się dodawać  do teju cukru, jak to ma miejsce w innych miejscach kraju, głównie w Addis. Wieczorkiem poszliśmy zjeść etiopską pizzę - w Lalibeli mieszka Sophie, Etiopka, która kilkanaście lat spędziła  we Francji, jednak po rozstaniu się z mężem postanowiła wrócić w rodzinne strony i założyła "pizzerię". Wystarczy powiedzieć, że danie to nie zawierało sera, aby dać obraz egzotyki tego  pomysłu. Pizzę trzeba zamówić kilka godzin wcześniej i przy tej okazji przydarzyła nam się śmieszna sytuacja związana z różnicą w sposobie liczenia czasu między Polską a Etiopią. Wychodząc rano w góry zamówiliśmy pizzę na godzinę szóstą, z tym, że zapomnieliśmy dodać, że według czasu faranji (naszego). Gdy przybyliśmy do Sophie o szóstej pod wieczór zostaliśmy  lekko skarceni, gdyż nasza pizza czekała na nas 6 godzin wcześniej. Na szczęście znalazł się na nią jakiś chętny i nie musieliśmy płacić dwa razy,  a jedynym minusem sytuacji był czas oczekiwania na nową pizzę.    Czas w Etiopii  Czas w Etiopii liczy się przedziwnie i to zarówno w odniesieniu do czasu dobowego, jak i do kalendarza. Doba zaczyna się o godzinie 6.00 czasu Greenwich, czyli wtedy na zegarkach  Etiopczyków jest północ. Od tego momentu liczy się dwa dwunastogodzinne cykle, które składają się na pełną dobę. W związku z tą różnicą warto zawsze pytając o czas, zadać pytanie  dodatkowe - według jakiego czasu? Waszego czy naszego? Może to zaoszczędzić sporo problemów, zwłaszcza jeżeli gra idzie o odjazd autobusu. Na szczęście miejscowi są świadomi  tego mankamentu i zazwyczaj podają czas zgodnie z naszym systemem.Jeżeli chodzi o kalendarz, to jest on również znacząco różny od europejskiego. W Etiopii wyróżnia się 13 miesięcy,  a popularny slogan turystyczny głosi "Etiopia - 13 miesięcy słońca". Dwanaście pierwszych miesięcy ma równo po 30 dni, natomiast ostatni, trzynasty miesiąc ma 5 - 6 dni. Nowy rok wypada  10 lub 11 września (według kalendarza europejskiego), a żeby było jeszcze ciekawiej to w tym roku rozpoczął się tam rok … 1995. Wynika to z faktu, że Etiopia funkcjonuje  zgodnie z kalendarzem juliańskim. cd. raportu >>>
Wrzuć na Facebooka
Home Home
O Etiopii O Etiopii
Ciekawostki Ciekawostki
Galeria Galeria
Raporty Raporty
Linki Linki
O nas O nas