ETIOPIA Kraj 13 miesięcy słońca
RAPORTY Z WYJAZDÓW DO ETIOPII (c) TravelPhoto - www.travelphoto.pl Raport z wyprawy: Dorota Ożóg i Maciej Kowalczyk   ETIOPIA 2002  cz. 2  Dzień 12 - Lalibela - Addis Abeba   Samolot mieliśmy około 11.00 i w tą stronę droga na lotnisko była faktycznie dość kosztowna, jak na warunki etiopskie. Musieliśmy zapłacić tym razem po 25 Birr temu samemu kierowcy.  Tak więc odbił sobie straty jakie poniósł na nas dwa dni wcześniej. Przy okazji warto wspomnieć, że bilety lotnicze trzeba potwierdzać możliwie jak najwcześniej. Okazało się w Lalibeli,  że w związku z brakiem centralnego systemu komputerowego, samo zakupienie biletu wcale nie oznacza, że w samolocie znajdzie się wolne miejsce. Każde miasto na drodze samolotu  (trasa przebiega z Aksum przez Lalibelę, Gonder i Bahar Dar do Addis) ma przyznaną określoną liczbę miejsc, którą może przyjąć, a w przypadku wystąpienia nadmiaru chętnych konieczna  jest komunikacja telefoniczna między lotniskami w celu zbadania czy znajdą się wolne miejsca. Mieliśmy trochę szczęścia i dla nas miejsca się znalazły. W Addis wylądowaliśmy około 14.00  i ponieważ planowaliśmy z samego rana ruszać na południe, postanowiliśmy przenocować gdzieś w pobliżu Autobus Terra. Wybór padł na Hotel Kagnew Shaleka, położony na Merkato,  w bezpośrednim sąsiedztwie dworca lokalnej komunikacji autobusowej. Nasz plan działania w Addis zakładał zwiedzenie Ethiopian Museum, mieszczącego w swoich komnatach między  innymi słynną Lucy - najstarsze obecnie znane szczątki hominida. W strugach deszczu (jak to zwykle w Addis) dotarliśmy do muzeum, które jest zlokalizowane na tzw. Arat Kilo  (Czwarty Kilometr). No cóż - może to ignorancja, ale słynna Lucy nie zrobiła na nas szczególnego wrażenia. Szczątki to faktycznie szczątki i jedynie świadomość, że mają one około 3,5 mln  lat budzi nieco respekt. Pozostała część muzeum również nie zachwyca - w większości przypadków brakuje opisów, ekspozycja nie jest najlepsza, a samozwańczy przewodnik mamrotał  tak pod nosem, że podziękowaliśmy mu po kilku minutach. Wróciliśmy do hotelu, zadowoliliśmy się prawie zimnym spaghetti i poszliśmy spać z miłą świadomością,  że następnego dnia opuszczamy to niezbyt przyjemne miasto.   Dzień 13 - Addis Abeba - Arba Minch   Podróż z Addis na południe jest dużo wygodniejsza niż na północ, gdyż do samego Arba Minch (500 km) droga jest asfaltowa, co umożliwia pokonanie jej w ciągu jednego dnia.  Już sam wyjazd z Addis był niespodzianką, gdyż droga wiedzie przez bogatsze dzielnice miasta, w których mieszczę się "osiedla willowe". Kawałek dalej mijaliśmy niewielkie zakłady  przemysłowe (produkcja farb i żywności), a do tego przecięliśmy jedyną w Etiopii linię kolejową, łączącą stolicę z portem morskim w Dżibuti. A wszystko to jadąc czteropasmową "autostradą".  Droga do Shashemene jest bardzo malownicza, mija zgrupowanie jezior tektonicznych, najpierw Ziway po lewej stronie, a następnie Langano, Abiata i Shala. Krajobraz zaczyna robić się  sawannowy - pojawiają się rozłożyste samotne akacje, gdzieniegdzie kopce termitów. W przydrożnych obejściach, od czasu do czasu zauważyć można kolorowo pomalowane grobowce  muzułmańskie. W Shashemene zjeżdża się z głównej drogi do Kenii, jednak nawierzchnia jest nadal znośna. Krajobraz robi się bardzo rolniczy, a wioski sprawiają wrażenie bogatszych niż  na północy. W pewnej odległości przed Arba Minch pola uprawne ustępują miejsca plantacjom bananowców, spomiędzy których co kawałek wystają drzewa papai i mangowce. Arba Minch,  mimo, że to największe miasto w południowej Etiopii, nie przytłacza. Dzieli się na dwie części - Shecha i Sikela, połączone kilkukilometrowym odcinkiem drogi. My pozostaliśmy w Sikeli,  gdyż tam znajduje się dworzec autobusowy. Od miejscowych "przewodników" dowiedzieliśmy się już na dworcu, że w mieście jest dwóch Polaków, których spotkaliśmy wcześniej w Gonderze,  co było dla nas dobrą wiadomością, gdyż mogliśmy rozłożyć koszty wynajmu jeepa na większą liczbę osób. Ci sami przewodnicy zaprowadzili nas do nowego Hotelu Yenia położonego zaraz  obok ronda w Shechy. Wieczorem spotkaliśmy się z wspomnianymi Polakami, którym towarzyszyła jeszcze para Hiszpanów i razem postanowiliśmy ruszyć następnego dnia do Jinki.   Dzień 14 - Arba Minch - Jinka   Droga do Jinki, mimo, że o połowę krótsza niż z Addis do Arba Minch, również zabiera cały dzień. Asfalt kończy się już w Arba Minch, a kręta droga prowadzi to w górę to w dół, przecina  wyschnięte (na szczęście) koryta rzek i potoków, a cały czas towarzyszy jej krajobraz i roślinność sawanny. Jeden z postojów wypada w Weyto, gdzie pierwszy raz mieliśmy okazję zetknąć się  z oryginalnymi mieszkańcami tego odizolowanego regionu Etiopii. Byli to chłopcy z plemienia Banna, niezwykle smukli, noszący bardzo krótkie spódniczki i ciekawe fryzury - przednia część  czaszki ogolona, a z włosów na tylnej części posplatane misternie warkoczyki. Do Jinki dotarliśmy późnym popołudniem i po krótkim rekonesansie miejscowych hoteli wybraliśmy Goh  za 35 Birr za pokój. Do Jinki przyjechaliśmy głównie na sobotni targ, na który schodzą się członkowie zamieszkujących okolicę plemion, głównie Ari, Banna, Mursi i Hammer. Lukas - chłopiec,  którego wybraliśmy na naszego przewodnika zaproponował nam dodatkowo ranny spacer do oddalonej o około 9 km wioski, której mieszkańcy trudnią się wyrobem naczyń ceramicznych.   Dzień 15 - Jinka   To był chyba najciekawszy dzień z całego wyjazdu. Ranny wypad do wioski garncarzy trochę się wydłużył, przez co nie zdążyliśmy zobaczyć samolotu, który do Jinki przybywa trzy razy  w tygodniu i ląduje na trawiastym pasie startowym, który pod jego nieobecność służy jako pastwisko lub boisko do piłki nożnej. Ale i tak byliśmy zadowoleni. Wioska, zamieszkana przez  lud Ari była bardzo ciekawa, mieliśmy okazję zobaczyć proces wyrobu naczyń, począwszy do lepienia z gliny, przez wypalanie w ziemnych kopcach, aż do polerowania wypalonych już garnków  ostrą trawą. Lukas wprowadził nas w głąb wioski, dzięki czemu mieliśmy okazję przyjrzeć się życiu miejscowych z bliska. Drogę powrotną z wioski w dużej części przebyliśmy na pace ciężarówki,  podróżując ze sporą grupą wieśniaków udających się ze swoimi wyrobami na targ do Jinki. Sobotni targ w Jince to prawdziwa rewelacja. Z okolicznych wiosek schodzi się niezwykle kolorowy  tłum, każdy przynosi co ma do sprzedania, począwszy od warzyw, przez czat (bardzo popularna roślina, której liście mają działanie narkotyczne, zbliżone do amfetaminy), miód, krowy, łóżka,  dzbany aż po ubrania. Szczególnie zapadające w pamięć były spotkania z Mursi. Przedstawiciele tego plemienia są ogólnie nie lubiani w Jince, gdyż zachowują się dość agresywnie i uważani  są za niezrównanych złodziei. Na własnej skórze i portfelu poczuliśmy, że świetnie potrafią wykorzystać swoją oryginalność. Gdy tylko pojawiliśmy się na targu, w momencie zostaliśmy otoczeni  przez grupkę "dzikich", prawie nagich przedstawicieli tego plemienia, którzy chcieli nam sprzedać wszystko, począwszy od swojego wizerunku ustawiając się do zdjęcia, poprzez mosiężne  bransoletki, których mnóstwo brzęczało na ich rękach, aż po gliniane krążki, które "upiększają" kobiety. Popołudniu rozpoczęliśmy poszukiwanie jeepa, którym na drugi dzień planowaliśmy  pojechać do wioski Mursi. Jednak ceny jakie zostały nam zaproponowane, oscylujące między 1.100 a 1.200 Birr wzmogły naszą kreatywność i postanowiliśmy zrezygnować z wizyty u Mursi  (widzieliśmy ich sporo na targu) w zamian za wizytę w Parku Narodowym Nechisar po powrocie do Arba Minch. Około 23.00, gdy już leżeliśmy w łóżku, usłyszeliśmy stukanie do okna naszego  pokoju i okazało się, że niemożliwe stało się możliwe - Dawid, "przewodnik" z Hotelu Goh nagle znalazł dla nas samochód, który był gotowy zabrać nas za 850 Birr.  Byliśmy już jednak zdecydowani i nie zmieniliśmy swojego zdania.    Mursi Plemię Mursi liczy obecnie około 5.000 osób, a jego członkowie to głównie koczownicy, którzy przemieszczają się w ramach Narodowego Paku Mago. Zajmują się hodowlą bydła,  natomiast na obszarach gdzie uniemożliwia to występująca mucha tse-tse, uprawiają rolę lub zajmują się hodowlą pszczół i zbiorem miodu. Najbardziej charakterystyczną cechą Mursi  są gliniane lub rzadziej drewniane krążki, które kobiety wkładają sobie w nacięcia w dolnej wardze lub uszach. Praktyka ta przyczyniła się do nadania im pogardliwego przezwiska "kacze dzioby".  Geneza tej tradycji nie jest jasna, ale najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie to chęć obrony przed łowcami niewolników, którzy szczególnie upodobali sobie piękne kobiety Mursi  (które celowo szpeciły się krążkami). Obecnie podejście do tego osobliwego elementu dekoracyjnego zmieniło się zupełnie i krążki są uznawane jako ozdoba, oznaka statusu i wyznacznik  "ceny" kobiety - im większy tym więcej krów mężczyzna musi oddać rodzicom swojej wybranki chcąc się z nią ożenić.    Dzień 16 - Jinka - Arba Minch   Musieliśmy wstać wyjątkowo wcześnie gdyż nie kupiliśmy wcześniej biletów i czekała nas walka jak równy z równym z miejscowymi o miejsce w autobusie - udało się. Po drodze oddałem się  żuciu czatu, który jest wyjątkowo gorzki i bez przepijania od czasu do czasu wodą trudno dobrnąć do końca pęczka. Niestety moje poświęcenie nie zakończyło się sukcesem i poza goryczą  w ustach nie odczułem żadnych sensacji. Obserwujący mnie Etiopczycy uznali, że zjadłem zbyt mało liści. No cóż - mimo wszystko postanowiłem, że jeszcze kiedyś spróbuję. W Arba Minch  zaaranżowaliśmy wyjazd jeepem do Parku Narodowego Nechisar na safari. Trochę przepłaciliśmy (nasz pośrednik, Zeman Addis, zachował się trochę nieładnie i wymusił na nas "napiwek").  Zapłaciliśmy 910 Birr za jeepa na pół dnia oraz za wynajęcie łodzi, którą popołudniu po powrocie z safari chcieliśmy wypłynąć na Jezioro Chamo.   Dzień 17 - Arba Minch - Chencha - Arba Minch   Chencha to niewielka wioska, położona wysoko w górach otaczających Arba Minch, zamieszkana przez plemię Dorze. Do wioski można dojechać jeepem, ciężarówką lub autobusem,  a droga zajmuje około 1,5 godziny. Ten krótki czas wystarczył aby diametralnie zmienił się krajobraz - wysuszona, pożółkła trawa i samotne akacje ustąpiły miejsca niesamowicie soczystej  zieleni trawy, bambusów i ensetu, przeplatanej połaciami intensywnie rudej ziemi. Obrazu dopełniali niezwykle kolorowo odziani miejscowi. Lud Dorze słynie z budowania olbrzymich chat  bambusowych. Dochodzą one do 15 metrów wysokości i mieszczą w sobie kilka pomieszczeń, w tym dla zwierząt. Brakuje im jednak okien i w środku jest zupełnie ciemno. Robią jednak spore  wrażenie, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, że ich żywotność dochodzi do 50 - 60 lat. Niedaleko za wioską znajduje się niewielki wodospad, spadający w bardzo malowniczym zakątku,  otoczonym niemalże tropikalną roślinnością. W wiosce i okolicy zlokalizowanych jest także kilka "spółdzielni" tkackich, jednak ceny jakie życzą sobie za zwiedzenie (od 30 do 100 Birr za osobę)  zdecydowanie zniechęcają do zwiedzania, zwłaszcza, że przędzenie i tkanie można zobaczyć za darmo w wielu innych miejscach w Etiopii. W Chenchy natknęliśmy się na najgorsze dzieci  w całej Etiopii. Były natarczywe, a wręcz agresywne, wlokły się za nami przez całą wioskę, prosząc o pieniądze, łapiąc za ręce, a nawet mieliśmy wrażenie, że rzucały czymś w naszą stronę. Z  Chenchy poszliśmy na piechotę (około 7 km) do Dorze, niewielkiej wioski po drodze do Arba Minch, gdzie odbywał się poniedziałkowy targ. Nie był tak kolorowy i zróżnicowany jak w Jince,  ale i tak bardzo ciekawy. Dużo miejsca zajmowały tkaniny bawełniane miejscowej roboty, a ciekawostką byli palacze tytoniu, którzy ciągnęli dym przez długie bambusowe rurki. Niestety ludzie  na targu byli prawie tak samo natarczywi jak dzieci w Chenchy. Z Dorze do Arba Minch wróciliśmy ciężarówką, stąpając po bambusowych klatkach z kurami. Pod wieczór udaliśmy się do Bekele  Mola Hotel, z którego tarasu rozpościera się wspaniały widok na jeziora Abaye i Chamo oraz Park Narodowy Nechisar. W hotelu zjedliśmy kolację i mimo, że ceny były nieco wyższe niż  w innych restauracjach w mieście, to widok był tego wart.   Dzień 18- Arba Minch   Wyjechaliśmy jeszcze przed świtem. Musieliśmy obudzić strażników przy wjeździe do Parku Narodowego Nechisar aby kupić bilety. W międzyczasie zaczęło się rozjaśniać i gdy ruszyliśmy,  co kawałek sprzed naszych kół uciekały niewielkie antylopy duk-duk. Potem przyszedł czas na pawiany, które również uciekły pospiesznie. Początkowo droga wiodła przez las, który stopniowo  ustępował miejsca sawannie. Droga wiodła między dwoma jeziorami - Chamo i Abaye, które dodatkowo urozmaicały krajobraz. W pewnym momencie pojawiły się zebry. Rzuciliśmy się na nie  z aparatami, nie chcąc nawet słuchać naszego kierowcy, który próbował nas schłodzić, mówiąc, że będzie ich jeszcze wiele. Miał rację. Potem pokazały się gazele Granta, olbrzymie biało-czarne  kruki oraz wielkie hornbille. Nie jest to Serengeti ale nam się bardzo podobało. W Parku spędziliśmy około 7 godzin, robiąc ponad 50 km. Wróciliśmy do miasta i poszliśmy na obiad, w trakcie  którego zostaliśmy mile zaskoczeni. Gdy kelner podał nam zamówioną injerę usłyszeliśmy za plecami "smacznego" (po polsku). Odwróciliśmy głowę i zdziwieni zobaczyliśmy Etiopczyka.  Okazało się, że przez 12 lat studiował w Polsce architekturę i świetnie posługiwał się językiem polskim. Obecnie Hagos mieszka w Arba Minch i wykłada w Water Technology Institute.  Po obiedzie tym samym jeepem, którym byliśmy w Nechisar, wyruszyliśmy do przystani nad Jeziorem Chamo (około 8 km za miastem). Łódką, która przypominała dużą blaszaną balię  z przymocowanym silnikiem popłynęliśmy na tzw. Crocodile Market - plażę, na której kłębiły się dziesiątki olbrzymich krokodyli. Krążyły także wokół łódki, jednak nasz przewodnik uspokoił nas,  że jesteśmy zupełnie bezpieczni. Zagrożeniem natomiast okazały się hipopotamy, które dość agresywnie zareagowały gdy uznały, że podpłynęliśmy zbyt blisko. Ale na szczęście w motorowej  łódce byliśmy szybsi. Zadziwiający są miejscowi rybacy, którzy wypływają na jezioro w łódkach, na które składa się kilka związanych drewnianych kłód. Jedyną ich obroną przed krokodylami  jest drewniana żerdź, którą od czasu do czasu biją w taflę wody. Ale jak zostaliśmy poinformowani między krokodylami, a rybakami istnieje nieformalny "pakt o nieagresji". Na jeziorze, oprócz  krokodyli i hipopotamów zobaczyć można również mnóstwo ptaków - pelikanów, czapli, kormoranów i marabutów. Wycieczka łodzią trwała około 2 godzin i jeszcze przed zmierzchem  byliśmy z powrotem w mieście.   Dzień 19 - Arba Minch - Addis Abeba   Wyjazd z Arba Minch jest dość skomplikowany. Autobus przyjeżdża dzień wcześniej z Jinki, więc już na starcie część miejsc jest zajęta. Rano autobus rusza z Shechy, mimo,  że nie ma tam dworca. Następnie zjeżdża do Sikeli i tam dosiadają się pozostali pasażerowie (większość). Ponieważ mieszkaliśmy w Sikeli, postanowiliśmy tam właśnie wsiąść do autobusu.  Dobrze jest zlokalizować odpowiedni autobus jeszcze zanim wjedzie na dworzec i zająć w nim miejsce, gdyż potem odbywa się tradycyjna walka o siedzenia. Droga do Addis przebiegła  bardzo sprawnie, jednak korki w samym mieście spowodowały, że w sumie trwało to ponad 11 godzin. Pojechaliśmy minibusem do Hotelu Taitu, przedstawianego jako Mekka białych turystów,  jednak ceny były wygórowane. Ponieważ przed odlotem koniecznie zależało nam na pokoju z łazienką odrzuciliśmy także hotele Tsigerada i National i ostatecznie wylądowaliśmy  w Hotelu Wutma. Zjedliśmy pyszną kolację zakrapianą cienkim etiopskim winem, a następnie skorzystaliśmy z internetu w kafejce naprzeciwko biura Ethiopian Airlines na Piazza.   Dzień 20 - Addis Abeba   Nie wiem czy to uprzedzenie, czy też Addis Abeba jest faktycznie męcząca i stresująca, ale ten dzień nie był zbyt przyjemny. Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Churchill Road  i dochodzącej do niej Mahatma Ghandi Street, gdzie mieści się mnóstwo sklepików z pamiątkami. Po długich i często zupełnie nieracjonalnych negocjacjach kupiliśmy dwa krzyże i stary skórzany  kosz podróżny na injerę za 200 Birr (cena wywoławcza 500 Birr; myślę, że na prowincji moglibyśmy kupić o wiele taniej). W dwóch polecanych przez LP sklepach z kawą (Mokrar i Tomaca)  kupiliśmy kilka rodzajów etiopskiej kawy, która niestety w Polsce okazała się być wyjątkowo ohydna (mimo, że kawa w Etiopii jest wyjątkowo smaczna i aromatyczna). Usatysfakcjonowani  zakupami (sporo pamiątek kupiliśmy już wcześniej w różnych miejscach) pojechaliśmy na Merkato żeby się trochę powłóczyć. Zaczepił nas młody Etiopczyk, który zaproponował, że oprowadzi  nas po targu, pokazując ciekawsze miejsca. W trakcie rozmowy okazało się (o ile to nie była konfabulacja), że w dzieciństwie został on adoptowany przez polskiego lekarza rezydującego w Addis  - niestety nie znał ani jednego słowa po polsku. Ale faktycznie pokazał nam niezwykłe zakamarki Merkato i to zupełnie bezinteresownie. Weszliśmy w gąszcz bardzo wąskich przejść,  ciasno ubitych straganów, przeszliśmy przez sektor, w którym znoszony z całego miasta złom zamieniał się w sprawnych rękach miejscowych rzemieślników w noże, siekiery i inne narzędzia.  Był ogromny "skup butelek", sektor z zakładami rymarskimi, z przyprawami, w tym głównie z berberem, z masłem, ensetem i wszystkim co może się przydać Etiopczykowi.  Po drodze do przystanku minibusów obejrzeliśmy jeszcze Anwar Mosque (Wielki Meczet), jednak Muzułmanie niezbyt przyjaźnie odnosili się do naszych aparatów, więc nie zabawiliśmy tam długo.  Z Merkato skierowaliśmy nasze kroki na Sedest Kilo z zamiarem zwiedzenia Muzeum Etnologicznego. Muzeum mieści się w budynku pałacu cesarza Haile Selassie, który obecnie wchodzi  w skład głównego campusu Uniwersytetu w Addis Abebie. Muzeum jest bardzo ciekawe, na trzech piętrach zgromadzono mnóstwo rekwizytów, głównie przedmiotów codziennego użytku  z całego kraju. Jest też duża kolekcja instrumentów muzycznych oraz olbrzymie pomieszczenie z kolekcją etiopskich krzyży i ikon. W muzeum można zobaczyć również, podobno oryginalne,  łazienkę i sypialnię samego cesarza - nie zachwyca przepychem, no może jak na warunki etiopskie jest dość ekskluzywna. Do tego liczne, obszerne opisy, ciekawe legendy, tłumaczące  np. szczególne miejsce kawy w tradycji etiopskiej lub też drogę jaką do Etiopii przywędrowała Arka Przymierza. Następnie skierowaliśmy się na Arat Kilo, gdzie jakieś 200 m od ronda znajduje się  największy ortodoksyjny kościół w Etiopii, Katedra Trójcy Świętej. Podobno trzeba wykupić bilet, ale nam udało się bez żadnych przeszkód obejrzeć kościół zarówno z zewnątrz, jak i od środka.  Zdecydowanie odbiega on architektonicznie od innych kościołów, które mieliśmy okazję oglądać wcześniej i bardziej przypomina nasze kościoły katolickie. Na otaczającym Katedrę cmentarzu  jeden z nagrobków jest pomniejszoną kopią monolitycznego kościoła Bet Gyorgis z Lalibeli. W drodze powrotnej do hotelu kupiliśmy jeszcze w Yegabawal Tej Beat dużą butelkę teju do zabrania  do Polski. Wieczorem odwiedziliśmy Restaurację Addis Abeba, gdzie byliśmy umówieni z naszymi znajomymi z Polski. Restauracja jest dość ciekawa, na dużej okrągłej sali stoliki porozstawiane  są również wokoło, a ściany zdobią liczne pamiątki. A do tego było to chyba jedyne miejsce na naszej drodze, w którym udało nam się zjeść doro wat, sos do injery zrobiony z kurczaka.  Niestety ilość ostrej przyprawy berber dosypywana do dań etiopskich skutecznie niweluje różnice smakowe i trudno jest odróżnić doro wat od np. kejo wat. Przekazaliśmy znajomym,  którzy dopiero rozpoczynali swój pobyt w Etiopii, najświeższe wiadomości, a następnie udaliśmy się na ostatni nasz nocleg na ziemi abisyńskiej.   Dzień 21 - Addis Abeba - Londyn - Warszawa   Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie, bo już po 4.00. Taksówkarz, z którym umówiliśmy się poprzedniego wieczoru, czekał na nas śpiąc w swojej taksówce. Miasto pogrążone było we śnie więc  droga na lotnisko przebiegła sprawnie. Odprawa również nie była skomplikowana, zapłaciliśmy po 20 USD (koniecznie w walucie) opłaty lotniskowej i … to był niestety koniec.  Powiedzieliśmy "Afryko do zobaczenia" i z takim z postanowieniem, że tu jeszcze wrócimy odlecieliśmy do domu.   INFORMACJE PRAKTYCZNE   Pieniądze  Walutą w Etiopii jest 1 Birr dzielący się na 100 centów i generalnie "twarde waluty" nie są akceptowane jako środek płatniczy (z małymi wyjątkami, np. w liniach lotniczych, drogich hotelach).  Kurs wymiany jest dość stabilny i wynosi około 8,5 - 8,6 Birr za 1 USD. Walutę powinno wymieniać się w bankach, gdzie pobierana jest niewielka prowizja, a turyści obsługiwani są poza  kolejnością. W nagłych przypadkach można spróbować wymiany w hotelu, jednak trzeba pamiętać, że jest to nielegalne. Kurs na czarnym rynku jest zbliżony do oficjalnego.  W Etiopii nie ma ani jednego bankomatu (nie było w sierpniu 2002r.) więc karty płatnicze są praktycznie bezużyteczne.   Wizy   Wizy można załatwić przed wyjazdem jednak jest to problematyczne, gdyż ambasada obsługująca obywateli polskich znajduje się w Moskwie. Wizę można uzyskać drogą pocztową,  jednak mimo wszystko nie jest to łatwe. Natomiast od początku 2002 roku istnieje możliwość uzyskania wizy bez żadnych problemów przy wjeździe do Etiopii i tą opcję zdecydowanie polecamy.  Jeżeli przylot do Addis Abeby wypada w godzinach otwarcia biura wizowego, wydanie wizy następuje od ręki. W innym przypadku należy zostawić paszport na lotnisku i z wydaną  "różową karteczką" wrócić po odbiór paszportu w dniu następnym. Wiza na lotnisku kosztuje (a może lepiej powiedzieć, że my tyle zapłaciliśmy) 140 Birr od osoby, co znacznie odbiega  od informacji jakie uzyskiwaliśmy w ambasadach etiopskich w Europie do których dzwoniliśmy przed wyjazdem (50 - 70 EUR).   Koszty   Etiopia jest krajem tanim jak na warunki europejskie, jednak np. nie tak tanim jak Indie. Trzytygodniowy pobyt kosztował nas około 600 USD na osobę (w tym dwa przeloty samolotem).  Przeciętny posiłek, obejmujący danie główne i piwo, kawę lub colę kosztuje około 10 - 12 Birr. Ceny hoteli (przynajmniej tych, w których mieszkaliśmy) wahają się od 10 do 75 Birr za pokój  dwuosobowy (jeżeli w pokoju mają mieszkać dwie osoby tej samej płci należy się liczyć z nawet dwukrotnie wyższą ceną lub koniecznością wynajęcia dwóch pokoi), jednak w niedawno  otwartym Sheratonie można wynająć pokój nawet za ponad 1.000 USD. Internet, który dostępny jest głównie w Addis (widzieliśmy także kafejkę w Gonderze) kosztuje około 0,70 Birr za minutę.  Za trzyminutową rozmowę do Polski (3 minuty to minimum jakie można zamówić) zapłaciliśmy nieco ponad 70 Birr. Jak w większości krajów Trzeciego Świata dość dużo płaci się za wynalazki  cywilizowanego świata czyli wodę mineralną (5 - 8 Birr za 1,5 litra) i papier toaletowy (3 - 4 Birr za rolkę). Napiwki dla księży w kościołach lub za zrobienie zdjęcia (nie zawsze) to zazwyczaj  1 Birr. Filmy do aparatów kosztują 15 - 18 Birr za rolkę (Konica 100, poza Addis nie ma filmów o innej czułości ani slajdów). Ceny przewodników negocjuje się indywidualnie, aczkolwiek czasami  trudno jest wynegocjować lepszą cenę niż podaje Lonely Planet, gdyż miejscowi świetnie znają tą pozycję i często się do niej odwołują. Warto znaleźć bardziej rozgarnięte dzieci,  które oprowadzą za niższą kwotę niż "oficjalni" przewodnicy. Ceny biletów do obiektów turystycznych są stosunkowo wysokie - kształtują się od 10 Birr za osobę w National Museum w Addis  do 100 Birr za osobę za zwiedzanie kościołów w Lalibeli. Dysponujemy szczegółowym zestawieniem kosztów.   Transport   Do Etiopii lata z Europy niewiele linii, z polski brak bezpośredniego połączenia. Można wybierać między British Airways, Lufthansą, KLM (przez Kenię) i Ethiopian Airlines. Ceny w zależności  głównie od pory roku, w której lecimy kształtują się między 650 a 850 USD, nie uwzględniając podatku lotniskowego 20 USD, który należy uiścić przy wylocie na lotnisku Bole. Po Etiopii można  podróżować autobusami, samolotami Ethiopian Airlines lub jeepami. Jedyna linia kolejowa biegnie z Addis Abeby przez Dire Dawa na wschodzie kraju do Dżibuti. Autobusy są na pozór stare  i nie wzbudzają zaufania, jednak w trakcie trzech tygodni spędzonych w Etiopii poza dwoma przebitymi oponami nie mieliśmy z nimi złych doświadczeń. Poruszają się niestety zazwyczaj  bardzo wolno, gdyż większość dróg nie posiada nawierzchni asfaltowej. Średnia prędkość na takich odcinkach wynosi około 30 km/h. Podróż autobusem daje jednak możliwość podglądania  życia Etiopczyków, czego nie można dokonać latając samolotem. Średni koszt przejazdów autobusowych to 10 - 15 Birr za 100 km. Samolotem można zwiedzić najważniejsze miejsca turystyczne  w kraju. Samolot robi tzw. pętlę historyczną (Addis - Bahar Dar - Gonder - Aksum - Lalibela - Gonder - Bahar Dar - Addis), lata do Dire Dawa i na południe do Arba Minch oraz do Jinki  (2 razy w tygodniu). Za odcinek Aksum - Lalibela - Addis zapłaciliśmy po 125 USD od osoby. Jeep jest dość drogim sposobem podróżowania po kraju, dającym oczywiście inne korzyści.  Wynajęcie samochodu na dobę kosztuje do 80 - 100 USD. Nie mieliśmy okazji jechać pociągiem, jednak dowiedzieliśmy się, że od zamachu bombowego przed kilkoma laty, w którym  zniszczone zostały wagony pierwszej klasy, kursuje tylko klasa druga i trzecia, należy się więc przygotować na spore niewygody, gdyż brak jest miejsc numerowanych, a pociąg jest zazwyczaj  niemiłosiernie przeładowany. Z Addis pociąg wyjeżdża popołudniu (3 razy w tygodniu) i podróż do Dire Dawa (około 450 km) zajmuje całą noc.   W Addis Abebie najefektywniej poruszać się niebieskimi minibusami, których mnóstwo jeździ po zatłoczonych ulicach. Na postoju należy głośno powiedzieć nazwę miejsca, do którego  chce się dojechać i naganiacze wskażą odpowiedni pojazd. Cena za przejazd waha się od 0,70 do 1,30 Birr od osoby, w zależności od odległości (np. odcinek Piazza - Merkato to 0,95 Birr).  Taksówki są droższe - krótki kurs powinien kosztować 10 - 20 Birr, za dłuższe trzeba zapłacić nawet do 40 Birr (indywidualne negocjacje). Taksówka z lotniska do centrum w godzinach nocnych  jest droga - około 10 USD. W innych miastach odległości są na tyle nieduże, że głównym środkiem transportu są własne nogi. Wynajęcie roweru kosztuje od 4 - 7 Birr za godzinę.   Wyżywienie   Etiopia nie jest kulinarnym rajem. Menu jest dość skromne. Oczywiście można w większych miastach znaleźć coś europejskiego, najczęściej spaghetti, jednak chyba nie po to jedzie się taki  kawał drogi. Podstawowym daniem etiopskim jest injera, jadana o każdej porze dnia - ogromny "naleśnik" zrobiony z mąki z endemicznego tefu (gatunek trawy), lekko gąbczasty, o kwaśnawym  smaku, przypominający z daleka kawałek szarego papieru albo lniany obrus. Do injery podawane są różne sosy (wat), najczęściej bardzo ostre, z dodatkiem miejscowej mieszanki przypraw  berber, przygotowane z dodatkiem mięsa baraniego, wołowego lub z kurczaka (zestaw injera z sosem kosztuje od 4 - 8 Birr). Można zjeść również wat wegetariański, jednak najczęściej tylko  w środy i piątki, a więc w etiopskie dni postne. Innym popularnym daniem jest ketfo - mielone, półsurowe mięso podgrzane w maśle (jeżeli nie ma możliwości dokładnego ugotowania mięsa,  radzimy zrezygnować z tego specjału). Dość popularna jest jajecznica (inkulat, 4 - 6 Birr), robiona najczęściej na ostro - bardzo smaczna. Na śniadanie polecamy miejscowe wypieki (różnego  rodzaju ciasta ala-biszkoptowe, pączki itp., około 1 Birr za sztukę) oraz pyszne soki - musy owocowe (najczęściej z avocado, papai i mango z dodatkiem soku z limonki, około 2 - 3 Birr  za szklankę). W miastach położonych nad jeziorami warto spróbować dań rybnych. Do picia mamy do wyboru napoje gazowane, najczęściej colę, pepsi lub mirindę (2 - 3 Birr za butelkę).  Można również spróbować kilku gatunków piwa - najbardziej polecam piwo Mota lub St. George (3 - 5 Birr za butelkę). Z ciepłych napojów możemy wybrać herbatę, najczęściej z dodatkiem imbiru,  lub pyszną, aromatyczną i niezwykle mocną kawę. Oba te napoje podawane są w malutkich filiżankach, z olbrzymią ilością cukru. Koniecznie warto spróbować wspomnianego wcześniej teju  (0,50 - 3 Birr za "lampkę"). Na targowiskach można spróbować miejscowego napoju spirytusowego, araki, który przypomina nieco śliwowicę, zarówno smakiem jak i zawartością alkoholu.  Nie polecamy, chyba, że jako ciekawostkę, domowej roboty piwa - telli. Napój przypomina z wyglądu pomyje kuchenne i smakuje nie lepiej. Najczęściej można go kupić w prywatnych domach,  oznaczonych puszką lub innym naczyniem zatkniętym na kiju wbitym przez drzwiami. <<< cz. 1 raportu Koniec
Wrzuć na Facebooka
Home Home
O Etiopii O Etiopii
Ciekawostki Ciekawostki
Galeria Galeria
Raporty Raporty
Linki Linki
O nas O nas